Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział siódmy. Biedny, oj biedny....
Moi kochani! Błędy wytykajcie, bo sama się przyznam, że nie sprawdziłam ich dokładnie...
...i wtedy uratował mnie nie kto inny jak...
-Danny! Jak się cieszę, że cię widzę!- była to prawdziwa, najbardziej szczera radość. Bo jedyne o czym marzyłam w tej chwili to znaleźć się jak najdalej od Blacka.
-Oh....Cześć Rosalienne...Nie sądziłem, że zapamiętasz moje imię...-blondyn zmierzał już w stronę wyjścia, kiedy go zauważyłam i przyciągnęłam do siebie.
-Żartujesz?! Przecież jesteśmy dzisiaj umówieni do Hogside!
-Hogsmeade.
-No przecież mówię! To jak? Idziemy?- spytałam słodko się uśmiechając.
-U la la... Rosie, ja widzę, że ty tu jesteś prawdziwa femme fatale...-Tracy z uznaniem cmoknęła i wbiła mi palec w ramię.-Raz przeklinasz gorzej niż pijak na haju a raz uśmiechasz się słodko... Jestem pod wrażeniem.
-Przeklinam? Ja? Ależ skąd!- poczułam, na policzkach znajome ciepło. Cholera, rumienię się!- Czy kiedykolwiek słyszałaś bym przeklinała? Jestem damą a damy nie przeklinają.- dodałam z udawaną wyższością w głosie.
-Ja na damę ubierasz się dość ździrowato- Black wyrzczerzył do mnie zęby w paskudnym uśmiechu. Biedny...
Wychodząc z Wielkiej Sali pod ramię z Dannym nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam na Blacka. Nie mogłam także przestać uśmiechać się szatańsko na jego widok. Stał na środku cały upaprany masłem, dżemem, szynkami, serami, pomidorami i innego rodzaju pokarmem śniadaniowym. Całość wieńczyła miska na jego głowe, z której spływało mleko i płatki zbożowe. Biedaczysko próbował wyczyścić to za pomocą magii.
-Chłoczyść! Chłoczyść!! CHŁOCZYŚĆ!!!- co chwilę z jego różdżki wydobywał się fioletowy strumień światła, który był skierowany na ubranie. Jednak to nic nie dawało- Remus! To cholerstwo nie chce zejść! Co ta... ta...-widząc, że jeszcze jestem w pobliżu powstrzymał się od nazwania mnie po swojemu- DAMA zrobiła?!
Remus jednie wzruszył ramionami i zabrał się za pomaganie przyjacielowi. Zachichotałam wrednie. Na zajęciach z Magii Niekonwecjonalnej nauczyłam się paru przydatnych zaklęć. Nie ściągnie tego magią, o nie...
-Buhahaha!
-Rosie...Boję się ciebie...- Danny spojrzał na mnie wielkimi oczyma i uśmiechnął się kącikiem ust.
-Oh, nic nie grozi ci z mojej strony. O ile nie będziesz się zachowywał jak ten...ten...-szukałam odpowiedniego słowa- GENTELMAN.
Chłopak zaśmiał się krótko i zmierzwił mi włosy.
-Oh! Jak śmiesz! Zdajesz sobie sprawę, mlody człowieku, ile czasu zajęło mi układanie tak idealnej fryzury?!
-No ile?
Wzruszyłam ramionami lekckeważąco.
-Pewnie tyle ile potrzebowałam na wytarcie ich ręcznikiem.-uśmiechnęłam się szeroko a on zrobił mi jeszcze większy bałagan na głowie. Gdy oszliśmy na 7 piętro i Gruba Dama właśnie chciała zapytać nas o hasło, ktoś nagle z rozpędu otworzył przejście. Ze środka wyszedł potargany chłopak w podartych jeansach i nadszarpanej koszulce. Miał szare cienie pod oczami i bardzo rozszerzone źrenice. Wiedziałam co to znaczy... Danny gdy tylko go zobaczył, natychmiast przycisnął mnie bardziej do siebie, jakby nie chciał mnie nigdzie puścić.
-O. -William przystanął w miejscu, gdy nas zauważył.- Wy tutaj?
-Ehe. Ale już stąd idziemy- Danny pociągnął mnie za sobą. Bardzo mi się to nie spodobało. Nie lubię być ciągniętą przez kogokolwiek. Gdy mijaliśmy Williama, ten złapał mnie za nadgarstek.
-Danny, czyżbyś nie widział, że ta dama nie życzy sobie takiego traktowania? Zostaw ją.
-Nie wtrącaj się idioto. Lepiej wracaj do swoich prochów i strzykawek.
Brunet puścił mnie i zrobił minę skrzywdzonego dziecka. Zabolało go to. I mnie również. Wyrwałam gwałtownie się z uścisku Danny'ego.
-O co chodzi?
-O nic. O strzykawki. I o nic. Mam coś do roboty. To jak? Spotykamy się o...15? W Pokoju Wspólnym. -spytałam się najbardziej słodko i niewinnie jak tylko potrafiłam. Blondyn niepewnie skinął głową i kiedy on wszedł do wierzy Gryfindoru, ja pobiegłam za Williamem.
-William! Will! Stój do cholery!- dogoniła go i złapałam za ramię.
-Czego chcesz?
-Oh, jesteś bardzo miły. Ja się męczę i ganiam za tobą po całym Hogwarcie a ty się pytasz "Czego chcesz"... - wydęłam ustka i spojrzałam na niego spedełba. On na ten widok uśmiechnął się i pogłaskał po głowie.
-Okay, okay... Więc? O co chodzi?
-O strzykawki.
Chłopak zmarszył brwi i prychnął rozjuszony.
-Danny to dupek. A jeśli ty, porządna dziewczyneczko, zamierzasz mi wmawiać jakie to złe, to lepiej się odczep.
Wyrwał ramię z mojego uścisku i przyśpieszył kroku, wkładając ręcę do kieszeni. Zrobiło mi się głupio, bo nie chciałam, żeby to tak wyszło.
-Ile bierzesz?- spytałam cicho, ale na tyle głośno, żeby to usłyszał. Zatrzymał się i obrócił w miejscu. Jego twarz wskazywała zdziwienie z niedowierzaniem.
-Słucham? -przekrzywił lekko głowę i zrobił parę kroków w moją stronę.
-Ile bierzesz? Licząc w skrętach. -ton mojego głosu nie wyrażał żadnych emocji.
-Niewiem... Zawsze liczyłem w gramach...- odparł wciąż z lekkim zaskoczeniem.
-Świetnie. Więc ile gramów wychodzi na przeciętnego skręta? 15? 20?
-No... Tak mniej więcej...
-Kiedy masz dostawy?
William zdawał się już otrząsnąć z pierwszego szoku. Teraz zaczął przyglądać mi się badawczo.
-Na koniec każdego miesiąca. Do czego zmierzasz, Rosalienne? Hę? -znajdował się teraz parę centymetrów odemnie. Chwycił mnie delikatnie po brodę i obejrzał dokładnie.
-Czego taka ładna, słodka dziewczynka może chcieć od ćpuna?
Uśmiechnęłam się tylko i odesunęłam się trochę. Słodki zapach trawy wymieszany z mydłem nie był zbyt przyjemny. Spojrzałam na niego z lekko drwiącym uśmiechem.
-A czemy sądzisz, że jestem słodka? Bo robię maślane oczka i dziecinnie się uśmiecham? Nic bardziej mylnego-już nie mogłam powstrzymać tego uśmieszku jedną stroną warg. "Idiota" pomyślałam.
-Chcę co tydzień dostawać 7, ładnie zrobionych jointów po 20 gram. Jeśli coś się smieni, dam ci znać.
Odwróciłam się i bez dodatkowych słów ruszyłam w stronę portretu Grubej Damy. Przyszła mi jednak na myśl jeszcze jedna informacja. Spojrzałam przez ramię a on przyglądał mi się z uśmiechem i założonymi rękoma.
-Jeśli zdobędziesz moje zaufanie, zacznę płacić z góry. Postaraj się.
Po tej rozmowie udałam się do dormitorium i sięgnęłam po album uczniów. Wyszukałam Williama... Tak, była wzmianka, że nakryto go kiedyś na paleniu trawki, jednak nic więcej. Magicznie dopisałam, że nałogowo zażywa używki i zabralam się za dokładne studiowanie uczniów Hogwartu, z premedytacją unikając Blacka. Gdy dziewczyny przyszły, natychmiast ukryłam album, który nagle zdał się być książką przygodową. Zaproponowały mi spacer po błoniach, ze względu na ładną pogodę. Mimo wszystko był to brytyjski koniec września a dziewczęta nie miały swetra, który by pasował do mojego stroju. Lilly wywróciła oczami, słysząc moje wybredzanie względem ubrań.
-Sorry Lilly, to nie moja wina! Dużo czasu spędziłam we Włoszech i Francji. Po czymś takim już nigdy nie spojrzysz na zwykłe spodnie tak samo.
-Znaczy się co? Spodnie, które kochałam wczoraj, dziś będą szmatą?
-Cóż....W dużym uproszczeniu... Tak.
Wtedy wpadłam na wspaniały pomysł i szatańsko się uśmiechnęłam. Wybiegłam z dormitorium, okręciłam się na jednej nodze i, już spokojniej, weszłam po schodach prowadzących do pokoju chłopców. Zatrzymałam się przed drzwiami, zastanawiając, czy zapukać, czy też może wejść, nie wzracając uwagę na zasady dobrego wychowania. Jednakże, jako, że należałam do dobrze wychowanych dzieci, grzecznie zapukałam i odczekałam 3 sekundy nim weszlam.
Dormitorium męskie było dokładnym odzwierciedleniem dormitorium dziewcząt. Pierwsze łóżko od drzwi było ładnie zaścielone i poukładane. Na drugim siedział Potter wraz z Lupinem. Na następnym byłó pusto a pod ścianą siedział Peter z paczką ciasteczek.
-O! Rosalienne. Miło cię widzieć. -Remus usiadł prosto i ręką wgładził trochę barłóg na łóżku, jak sądziłam, Jamesa.
-Co sprowadza cię w nasze skromne progi?- Potter uśmiechnął się figlarnie, puszczając do mnie oko. Właśnie chciałam mu odpowiedzieć, kiedy z łazienki dobiegł zwierzęcy wrzask złości szanownego Blacka.
-WIEDŹMA!- wyżej wspomniany wybiegł z mokrymi włosami, z ktorych kapała woda.- Te cholerne zboże zaplątało mi się we włosy! Nie mogę tego zmyć!
Dopiero teraz mnie zauważył. Wpierw pobladł gwałotwnie a potem zrobił się cały czerwony na twarzy.
-TY!!!- ryknął i oskarżycielsko wskazał na mnie palcem. Cmoknęłam niezadowolona jego brakiem dobrych manier.-Coś ty zrobiła!? Nie mogę tego ściągnąć z siebie!!!
-Widzi pan, panie Black...-jego wrzaski nie robiły na mnie żadnego wrażenia- to jest nauczka za nieodpowiednie wysławianie się w mojej obecności.
Chłopak zacisnął mocno pięści i zrobił gest, jakby chciał mnie uderzyć z miną świadczącą o skrajnej furii. U lala...
-Ależ proszę się nie krępować. Moje zdanie na pański temat jest już przesądzone, więc tylko skompromituje się pan na oczach pańskich przyjaciół.-uśmiechnęłam się wrednie szczerząc zęby. Black spojrzał na mnie jeszcze morderczym wzrokiem i zamachał szaleńczo rękoma, poczym wrócił do łazienki i zatrzasnął za sobą drzwi.
Przypomniało mi się, po co tu przyszłam a chłopcy patrzyli na mnie wyczekująco. Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu jakiegoś ładnego okrycia, kiedy mój wzrok zatrzymał się na czarnym, lekko rozciągniętym, swetrze Lupina. Problem jednak, że miał go właśnie na sobie. Blondyn zauwarzył, że się na niego patrzę i przekrywił głowę pytająco.
-Hmm...Bo...No ten...- spojrzałam na swoje dłonie, jakby znajdował się tam cały świat- Bo ja mam taką prośbę... Ogólnie chodzi o to, że jest wrzesień i ten... No i chcemy iść z dziewczynami na spacer, tyle, że moje rzeczy...-Kurde, nie dość, że nie potrafiłam składnie złożyć zdania, to jeszcze zarumieniłam się. Tak było zawsze, kiedy o coś prosiłam albo się tłumaczyłam. Alebo odpowiadałam na lekcji. Albo miałam przemawiać, wiedząc, że każdy mnie słucha. Albo w sklepie, kiedy miałam poprosić o jeden chleb i trzy bułki...
-O co chodzi, Rosalienne?- zauważyłam, że Lupin zawsze używał mojego pełnego imienia, kiedy wszyscy inni je skracali. To było miłe.
-No właśnie, że moi przyjaciele mają mi wysłać moje rzeczy, ale nie wiem, kiedy to zrobią. No a teraz nie mam nic cieplejszego i...-zanim zdążyłam skończyć, Remus zciągnął sweter i rzucił mi go z krótkim "Łap". Zdejmując ubranie, bluzka podciągnęła mu się do góry, ukazując ładnie uformowane mięśnie brzucha. Powstrzymałam się od uśmiechu, ale mimo to poczułam znajome ściśnięcie w gardle.
Natychmiast założyłam na siebie Lupinowski golf, który, rzecz jasna, okazał się za duży. Z rękawów nie wystawały mi nawet końcówki palców, a długość pasowała na mini sukienkę. Był to dokładnie rodzaj bluz i innych, jakie lubię. Za duże, najlepiej męskie.
-Dziękuję!- wypiszaczałam cicho, przytłumionym głosem. Bowiem wtuliłam nos w rękawy, rozkoszując się zapachem Remusa. "Więc gdybym się do niego przytuliła, poczulabym dokładnie to..." Delikatny zapach drzewa sandałowego i piżma... oraz jakby spadnięte liście w lesie i igły sosnowe. Całkowicie nietypowa mieszanka, a tak piękna...
-Ślicznie pachniesz... -miałknęłam, wciąż tuląc się do swetra.
-Hmm... Dzięki.
Uśmiechnęłam się promiennie, chcąc wyrazić wdzięczność, za tak miły prezent. Dany całkowicie nieświadomie. Podbiegłam do niego, robiąc drobniutkie kroczki i pocałowałam go w policzek. Potter, siedzący tuż obok, patrzył się na nas z uśmiechem, więc jego również pocałowałam. Na Jamesie zdawało się nierobić to wrażenia, ale Remmie zarumienił się lekko. Ja zresztą również, ale szybko wybiegłam z męskiego dormitorium, zabierając ze sobą nietypowy zapach drzewa sandałowego i igieł sosonowych...
-Ta krowa poszła?
Syriusz uchylił drzwi i wyjrzał przez nie, wystawiając jedynie głowę.
-Tak, już parę minut temu. -James, rozciągnięty na swoim barłogu, przeglądał właśnie magazyn o Quiddichu, natomiast Remus pomagał Peterowi w jakimś przedmiocie, którego nie rozumiał. Syriusz właśnie wyszedł mokry, po parokrotnym, dokładnym wyszorowaniu całego ciała, w celu zmycia resztek jedzenia z siebie.
-Ona miała czelność tu przychodzić! Jak śmiała?! Podła, wredna, cholerna...-w myślach szukał odpowiedniego określenia dla tak podłej istoty, jaką według niego była Rosie.
-Już daj spokój, Łapa... Ja uważam, że jest bardzo miła i inteligetna. Sam ją sprowokowałeś. -Lupin odezwał się znad zeszytu, nieodrywając od niego wzroku.
-Że co?! Miła?!!! Ty cobie chyba żartować raczysz, czyż nie, Luniaczku?
-Ja tam się z nim zgadzam. Jest słodka...
-JAMES? I ty Brutusie?
-Sam przyznaj, że ciało ma niezłe. Długie, szczupłe nogi... -Peter, który nie był zbyt zainteresowany nauką, teraz nagle się ożywił.
-Dokładnie! A jej talia? Maksymalnie 50 centymetrów, chociaż to chyba i tak przesada.
-A jej piersi? Miseczka D spokojnie. Albo tyłek... Kurde, przy tym tyłku, to nawet Lilluś wymięka...
Podczas gdy trójka Huncwotów pogrążyła się w rozmyślaniach na temat ciała nowej uczennicy, Łapa nie mógł uwierzyć, że ta mała dziksa tak ich zaślepiła. "Przecież to fałszywy i podły babsztyl! Czemu oni tego nie widzą?!" Rzucił się na swoje łóżko, drugie od drzwi. Zakrył głowę poduszką i poprzeklinał tą podłą dziewczynę na każdy sposób jaki potrafił oraz poprzysiągł sobie nienawidzić jej do końca życia. Chociaż w głębi duszy czuł, że to była tylko błahostka i powinien się z tego śmiać, jego duma została boleśnie zraniona. Wyciągnął Mapę i postanowił wymyśleć jakiś sposób, by zemścić się za tą podłość...
-Ja marzę o takiej prawdziwie romantycznej miłości... Na przykład, siedzę sobie na schodach British Museum i czytam jakąś książkę. Nagle zaczyna padać i ja się kulę w sobie. Ale nagle ktoś otwiera nademną parasol. Patrzę w górę a tam przystojny, wysoki blondyn uśmiecha się do mnie miło... "Mogę spytać, co panienka czyta?" pyta. A ja wtedy odwzajemniam uśmiech i mówię, że mogę mu o tym opowiedzieć przy filiżance herbaty... I później już wszystko się rozkręca.
-No no... Kathy, nie posądzałabym cię o taką romantyczność.
Dziewczyny od jakiegoś czasu spacerowały między brzegiem jeziora a skrajem lasu. W końcu znalazły miejsce naświetlone słońcem, z dużym pniem na którym można usiąść. Tak więc trójka dziewcząt, w tym romantyczna Kathy i Tracy, która nie znała jej tak dobrze jakby chciała, oraz Lilly siedziała na owym ściętym pniu. Natomiast Lizzy i ja machałyśmy tylnymi łapkami, siedząc na niższych gałęziach pobliskich drzewek.
-W takim razie na jaką miłość ty liczysz, Tracy?
-Ja tam chciałabym kogoś bardzo przystojnego i bardzo bogatego. Taki Syriusz jest dla mnie idealny. Uważam, że świetnie do siebie pasujemy. Wyjść za mąż mogłabym za to jedynie za bardzo starego i schorowanego dziadka, który zostawiłby mi sporą sumę pieniędzy. Ale musiałby on mieć ponad 90 lat i sześć zer na koncie. Kathy, twoja kolej.
-Phi! Materialistka! Ja tam nie dbam o miłość! Jeśli przyjdzie, to okay, ale póki co, to ja chcę się bawić do białego rana, upijać się do nieprzytomności a w południe budzić się u boku jakiegoś nowopoznanego gościa. Luz blues! Pełny chill out!
Uśmiechnęłam się na wyznania słodkiej Elizzy a Lilly tylko prychnęła.
-Cóż za nieodpowiedzialność. Możesz zajść w ciążę albo nabawić się jakiś poważnych chorób.
-Tak? A jak wygląda miłość, która tobie się marzy? Hm?
Rudowłosa zamyśliła się chwilę, po czym wzięła głeboki oddech jak przed wskoczeniem do wody.
-Ja bym chciała, żebym mogła polegać na moim partnerze. Żebym mogła wesprzeć się na jego ramieniu, albo wypłakać się w silnym objęciu. Chciałabym czuć się przy nim bezpieczna, jednak żeby to był nie tylko kochanek, ale również najlepszy przyjaciel i powiernik. Poza tym musi być inteligetny i wykrztałcony. I bardzo dojrzały...
Po jej słowach nastąpiła chwila ciszy. Mnie ścisnął się żołądek, bo wiedziałam, że to moja kolej. Eli, próbując trochę rozładować atmosferę, zaśmiała się wesoło:
-I właśnie dlatego Potter kompletnie do ciebie nie pasuje!
Chociaż nie zrozumiałam całkowicie o co jej chodziło, przyłączyłam się do serdecznych chichotów.
-No Rosalienne... Your turn!
Odchyliłam się lekko i spojrzałam w niebo. Błękitne, bardzo wyraźny kolor potęgowany przez jesienny chłód. Parę pięknie puszystych chmurek, które wydawały się gęste niczym bita śmietana. Uśmiechnęłam się delikatnie i dopiero kuksaniec Lizzy przywrócił mnie na ziemię.
-No patrzcie, jak już się rozmarzyła! Ten delikatny uśmieszek! -gryfonki roześmiały się na swój, dziewczęcy, sposób.
-Szczerze mówiąc, myślałam jaka ładna pogoda dziś jest. Chłodno, ale słonecznie. Lepiej być nie może! -uśmiechnęłam się, ukazując białe ząbki i mróżąc oczy. -I mówiąc jeszcze szczerzej, nie wierzę w miłość. Więc nie ma też o czym mówić.
Dziewczyny spojrzały na mnie z powotpiewaniem i stwierdziły, że to nie możliwe.
-Czemu nie? Jest zauroczenie, pożądanie, zakochanie, przywiązanie. A to wszystko i tak za sprawą chemii w ciele człowieka. Eliksiry miłości tą chemię właśnie pobudzają. A prawdziwa miłość, taka romantyczna i dobra, czuła i długotrwała, nie istnieje.
Tracy uśmiechnęła się pobłażliwie i spojrzała na mnie z miną osoby, która wie o życiu więcej niż niejedna babcia, która przeżyła dwie wojny światowe.
-Jak kogosz pokochasz, to zmienisz zdanie.
Obdażyłam ją równie pobłażliwym uśmiechem. Jednak prawda była inna niż ta, którą podałam przyjaciółkom. Jednynym tematem o którym nie potrafię mówić, jest miłość. I nieprawda, że nie wierzę w miłość. Kocham wielu ludzi. I za każdym razem, gdy poznaję kogoś nowego przysięgam sobie, że nie pokocham go. A i tak zostaje moim przyjacielem. A i tak śmierciożercy go dorwą. A ja znów tłamszę w sobie to wszystko, nie chcąc matrwić tych, którzy mi zostali. I jedziem dalej. A chciałabym się zakochać. Tak romantycznie, jak marzy o tym Kathy. W kimś przystojnym i bogatym jak to sobie wymyśliła Tracy. Żeby ten chłopak był przebojowy i żebyśmy mogli oboje chodzić na imprezy, upijać się, balować do białego rana, całować się z byle kim ale w południe budzić się razem. A także, żebym miała w nim wsparcie i silne ramiona, takie z marzeń Lilly. A przez ten cały czas zachować moją kobiecą niezależność. To ideał i wiem, że tacy nie istnieją. A nwet gdyby istniał i nawet, gdybym go kiedykolwiek spotkała, nie spodobam mu się. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem brzydka. Ale nie widzę w sobie piękna, które dostrzegam w kaźdej innej istocie. Poza tym... Lepiej jednak, żeby mnie nie spotkał. Lepiej dla niego...
-No nareszcie! Myślałem, że już nigdy się nie doczekam!
-Okay, okay! Sorry! Długo czekałeś?
Danny spojrzał na wielki zegar stojący w rogu Pokoju Wspólnego. Wskazówki pokazywały godzinę 15.34.
-Skąd, tylko pół godziny.
-Ah! W takim razie luz blues! -uśmiechnęłam się niewinnie i przytuliłam go mocno. Blondyn, nie mogąc mieć do mnie pretensji po takim wyrazie czułości, westchnął cicho i pogłaskał mnie po głowie.
-Powiedz mi, Rosie. Jak ty to robisz?
Spojrzałam na niego pytająco, gdyż nie miałam zielonego pojęcia o co może mu chodzić.
-Po paru godzinach znajomości wydaje mi się, jakbym znał cię od dużo dłuższego czasu. Uważam, że to słodkie.
-Oh. -nie była to odpowiedź elokwentna ani specjalnie wyczerpująca. Ale co mogłam powiedzieć? Że to moja praca? Nie zbyt dobry pomysł. Jednak mimo mojej woli, policzki lekko się zarumieniły, co nie uszło uwadze mojego towarzysza. Stwierdził, że do twarzy mi z rumieńcem, przez co zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona. Takie życie osoby o bladej cerze. Kiedy jest ciepło, jest czerwona, bo gorąco. Kiedy jest zimno, jest czerwona bo mróz. I wystarczy lekki rumieniec, żeby wydawał się szkarłatem na całej twarzy. Masakra. Mimo to gawędziliśmy sobie miło w drodze do miasteczka. Danny pokazywał mi co ciekawsze miejsca na spacer, Wrzeszczącą Chatę, nawiedzonego przez tak nieprzyjemne duchy, że nawet duchy Hogwartu się tam nie pokazywały. Sklep Zonka, gdzie można kupić różne gadżety do robienia kawałów, ale też słodkie pióra i "inne zajebiste rzeczy". Miodowe królestwo, herbaciarnia jakiejś pani i Gospoda pod Świńskim Łbem, której "lepiej unikać, jeśli nie chce się mieć kłopotów" co dla mnie tworzył wspaniałe miejsce do dochodzeń. Na koniec pokazał mi knajpkę zapełnioną uczniami, wyglądała na miłą i przyzwoitą. A przedewszystkim kusiła ciepełkiem, ponieważ po godzinie i trochę byłam przemarznięta i nie czułam palców.
|| lizzy ||
Nowe u mnie ;]
|| brak www || data: 06.11.2009
lu-91-123-161-35.hypnet.pl || IP: 91.123.161.35
|| pragne znac odpowiedz ||
Wyrzuty sumienia. Każdy je ma, ale uświadamiamy to sobie za późno. Za późno chcemy powiedzieć "PRZEPRASZAM"- To temat kolejnej notki.
|| brak www || data: 28.10.2009
ger155.internetdsl.tpnet.pl || IP: 83.12.121.155
|| lizzy ||
Jeeej ^^ Zmieniłaś szablon! Powiem Ci, że teraz trochę wygodniej będzie się czytało te notki, chociaż mogłabyś dać większe literki ;p
|| brak www || data: 25.10.2009
lu-91-123-161-35.hypnet.pl || IP: 91.123.161.35
|| lizzy ||
ach, błędy
jestem zbyt chora, żeby je wypisywać po kolei, szczególnie wszystkie literówki i interpunkcję, po prostu musisz przejrzeć ten tekst jeszcze raz ;] taki jeden błąd: jak wypowiadała się Lizzy, to wcześniej napisałaś, że kolej Kathy.
powiem Ci szczerze, coraz bardziej nie znoszę dwulicowości tej dziewczyny, nie znoszę! no i tego, że tak traktuje mojego sexownego Syriusza :D myślę, że jest trochę niedojrzała, pomimo tego, co przeżyła
no i cóż, liczę, że odwdzięczysz się przeczytaniem moich wypocin, których się ostatnio nagromadziło ;)
|| brak www || data: 23.10.2009
lu-91-123-161-35.hypnet.pl || IP: 91.123.161.35
|| Inna ||
fajna notka, ciekawe czy Rose dowie sie ze Remus to wilkolak, czy juz wie? I czy Syriusz bedzie z Rose? Oraz mam nadzieje ze bedzie wiecej takich sprzeczek miedzy nimi;D
Pozdrawiam i zycze weny;*
|| brak www || data: 23.10.2009
brak hosta || IP: 83.142.201.146